poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rozdział 3.

-Deborah, masz pięć minut, by się ubrać! - krzyknęła moja mama z parteru.
Nienawidzę, kiedy nazywasz mnie pełnym imieniem. Dzisiaj moja mama umówiła nas na kolację z facetem, który śmie uważać się za mojego ojca. Taki żarcik... a jednak nie. Denis nie rozmawiał ze mną odkąd się wyprowadziliśmy. To jest powód, dlaczego jest dla mnie skończonym kretynem. W sądzie nawet o mnie nie walczył. Miał inne priorytety, a dokładniej pieniądze. Modlę się, żebym czegoś na tym spotkaniu nie palnęła.
 Ubrałam białą koszulę, czarną spódnicę, a do tego moją ulubioną szarą kurtkę. Zrobiłam makijaż i mogłam wyjść. Wzięłam w ostatniej chwili telefon z biurka i wyszłam z pokoju.
Moja mama stała z aparatem w ręku i kazała mi się ustawić do zdjęcia. Zrobiłam, co powiedziała i mogliśmy spokojnie iść. Kiedy schodziliśmy ze schodów, napomniała kilka uwag, co do mojego stroju, ale nie miała w głosie pretensji. Uznałam, że w tym dniu miała wyjątkowo dobry humor.
W aucie siedział już Luke i Ben. Moja mama usiadła z przodu, więc ja musiałam usiąść z bratem. Był ubrany w koszulę i czarne spodnie. W zmierzwionych włosach wyglądał, jak pogromca kobiecych serc. O boże, mówię to o swoim bracie.
Luke podał mi słuchawkę od telefonu i razem słuchaliśmy muzyki. Uwielbiałam takie brzmienia. Mój braciszek miał takie same upodobania w muzyce. Prawdę mówiąc, Luke był moją młodszą wersją. Wyjątek był taki, że on miał wysokie oceny i łatwo przychodziło mu się uczyć, a ja byłam w tej średniej grupie.
Okropnie się bałam tej wizyty. Chciałam być miła dla jego rodziny, ale w środku czułam okropną zazdrość, że mają pełną rodzinę. Moja była rozbita. Mimo prób Tiny, nie byliśmy prawdziwą rodziną. W prawdzie czułam tylko, że jest moją trenerką, a nie mamą. Wiem, że chciała dobrze, ale 1 rodzic nie jest w stanie zrobić tyle, co 2 rodziców. Dla Luke'a była naprawdę dobrą mamą. Chodziła na jego przedstawienia w szkole, na olimpiady, konkursy, czy na inne projekty. U mnie przychodziła tylko na wezwania nauczycieli. To było okropne.
Kiedy podjechaliśmy pod dom Denis'a, było po 18. Marzyłam, żeby zdarzył się jakiś cud i to spotkanie było nieaktualne. Jego dom był duży i ładny. Tak bardzo tam nie pasowałam.
Moja mama zapukała do drzwi. Kilka chwil później drzwi się otworzyły, a ukazała nam się kobieta. Pewnie jego narzeczona. Zaprosiła nas do środka.
-Denis, już są. - powiedziała, a do pomieszczenia wszedł mój ojciec. Nie wierzę. Moje serce zamarzło na sam jego widok. Zmienił się z wyglądu. Nawet zapuścił popularną brodę. Jak na jego wiek nieźle się trzymał. I chyba to najbardziej mnie zabolało.
-Już przyjechaliście? Jak minęła podróż? Tina, Ben, Luke.. Deborah? Zmieniłaś się od..
- Od kiedy miałam 10 lat. Teraz mam 17 lat. Dla jasności. - sprostowałam, dokończając jego nieskończone zdanie. Nawet nie pamiętał...
-Zmieniłaś się. - uśmiechnął się - Luke, my się jeszcze nie znamy, prawda?
-Tak. - brat krótko odpowiedział.
- Może przejdziemy się do salonu? Na pewno tak. Przecież nie będziecie stali w progu. - mężczyzna kierował nas do pokoju.
Luke niepewnie się na mnie spojrzał, ale złapał moją dłoń, uśmiechając się. Dodał mi otuchy. Moja mama i Ben usiedli na kanapie. Obok nich było jeszcze miejsce, więc dwunastolatek pokierował mnie tam. Denis usiadł na fotelu, a na jego oparciu usiadła jego narzeczona.
-Jak wam się wiedzie? - spytała Tinę.
-Nawet dobrze. W tym tygodniu przenieśliśmy się do Anglii i zamieszkaliśmy u Ben'a.
-To świetnie. - powiedziała.
-Caroline, zawołasz Amy i jej kolegę? - Denis zwrócił się w jej stronę, a kobieta wyszła z pokoju. Ona ma córkę? Żartujecie sobie? To niemożliwe.
-Jak twoje powieści? - spytał Ben. - Dużo o nich słyszałem.
-W tej chwili cierpię na brak weny twórczej, ale mam jeszcze kilka opowieści napisanych w ostatnich latach. Jedną z nich mam zamiar wydać. Wysłałem ją do redakcji i teraz czekam na odpowiedź.
Luke spojrzał się na mnie zaskoczony. Chyba nie wiedział, że mój biologiczny ojciec jest pisarzem. Moja krewni są naprawdę inni.
-On jest.. - szepnął do mnie, ale przerwał, kiedy zobaczył, że do pokoju weszły 3 osoby. Spojrzałam się w ich stronę, a mnie zamurowało. Chłopak z lodowiska? O nie. Z tego spotkania zaczynała się robić komedia i tragedia jednocześnie.
- Dobry wieczór. - powiedzieli równocześnie.
Amy wyglądała o wiele lepiej ode mnie. Była naprawdę chuda i miała piękne włosy. Była ubrana w czerwoną sukienkę, która podkreślała jej figurę. Urodę zapewne odziedziczyła po matce, bo była bardzo do niej podobna.
-Liam, miło, że zostałeś. To chłopak mojej córeczki. - mężczyzna się zaśmiał.
-Tato.. Liam to mój kolega. - odpowiedziała dziewczyna.
Ich relacja była bardzo dobra. W tamtej chwili zachciało mi się płakać. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem mnie widział, a moje miejsce zajęła jego "córeczka". To ja byłam w najgorszym miejscu w jego hierarchii.
Spojrzałam się na Tinę, która śmiała się z żartu opowiedzianego przez Denis'a. Ścisnęłam mocniej moją rękę, a Luke spojrzał się na mnie zdezorientowany. Wydusiłam z siebie ciche "przepraszam". Później się wyłączyłam. Musiałam wszystko ułożyć w jedną całość. Chciało mi się śmiać i płakać w jednej chwili. Byłam jego córką przez 10 lat i dla niego to było chyba wystarczający czas.
Po dłuższej chwili podniosłam wzrok na wszystkich. Każdy się uśmiechał i rozmawiali, oprócz dwóch osób. Mnie i Liam'a. Spojrzałam się w jego stronę, a on odwrócił swój wzrok. Speszył się. Dlaczego? Patrzył się na mnie. Pewnie był zdziwiony moją osobą tutaj. Pewnie jak każdy.
-Kiedyś Deborah miała ze sobą 17 misiów, bo nie mogła zasnąć.- moja mama powiedziała. Postanowiłam się wtrącić.
-Moje imię to Debby, mamo, a misiów było tylko 5, bo wtedy czułam się pewniejsza. - powiedziałam, wywracjąc teatralnie wzrok.
Wszyscy się zaśmiali, a Tina postanowiła to kontynuować.
- Każdy z nich miał imię, prawda? - uśmiechnęła się.
-Tak, Koko, Śnieżek i inne okropne imiona. - sama się zaczęłam śmiać z mojego dzieciństwa. Byłam dzieckiem, które miało ogromną wyobraźnię. Podniosłam wzrok na chłopaka, a on się do mnie uśmiechnął
-No to zapraszam was na kolację. - Caroline uśmiechnęła się i poszła do kuchni. W kilka minut znaleźliśmy się w jadalni, zajmując wolne miejsca. Po mojej prawej był Luke, a po lewej Ben. Naprzeciw mnie usiadł Liam.
Nie byłam głodna, bo o 14 zjadłam sałatkę, ale nie chciałam sprawić innym przykrości, więc postanowiłam zjeść trochę posiłku, który przygotowała narzeczona mojego taty.
-Słyszałem rano, jak wrzuciłaś do mojego pokoju Cher. Nie myśl sobie, że to ujdzie ci na sucho. - Luke przypomniał mi o dzisiejszym zdarzeniu, a ja tylko się niewinnie uśmiechnęłam.
-Ja? Dlaczego myślisz, że to ja? Może to był Ben. - spojrzał się na mnie, jakby chciałby mnie udusić.
-Co Ben? - odpowiedział chłopak mojej mamy. Ugh, jak to dziwnie brzmi. "Chłopak mojej mamy". "Narzeczona mojego ojca". To psychiczne drzewo genealogiczne, a nie rodzina.
-Nieważne. - odpowiedzieliśmy równocześnie z bratem.
Kiedy Ben miał już coś powiedzieć, do pokoju weszła Caroline z jakąś zapiekanką, która wyżywiłaby całą Afrykę. Chyba podziękuję.
Po godzinie atmosfera się rozluźniła i nawet butelka wina poszła w ruch. Może nawet kilka. Alkohol pili tylko Denis, Caroline i Tina. Ben prowadził auto, więc nie mógł. Liam miał 18 lat, ale chciał wrócić do domu na nogach. Reszta była niepełnoletnia.
-Deborah, więc trenujesz łyżwiarstwo figurowe? - pytanie zadał Denis. Wszystkie spojrzenia rzuciły się w moją stronę. Dziwnie się czułam.
-Tak. - odpowiedziałam krótko.
-Jak długo? - odezwała się Amy.
- 6,5 roku. - uśmiechnęłam się.
- Są jakieś rezultaty? - kontynuował mój ojciec. Jezu, co go to interesuje. Nie
-2 wygrane turnieje juniorów na poziomie stanowym, wysokie noty na tle Stanów i inne mało ważne konkursy.- odpowiedziałam.
-Jestem dumny. - odpowiedział. We mnie się zagotowało i byłam ponownie w złym humorze. Moja naturalna dusza powróciła. Ta sarkastyczna, nie wyczuwająca złego momentu, z ciętym językiem dusza.
-Nie żartuj. - fuknęłam i napiłam się soku, kręcąc głową.
-Deborah! - krzyknęła moja matka. Nawaliłam, ale za daleko zabrnęłam, żeby się tak po prostu wyłączyć.
-Mamo, on nas zostawił na ponad 7 pieprzonych lat! Zero wiadomości, żadnego spotkania! Zero! Kompletne nic! Myślisz, że potrafię się normalnie zachowywać, gdy próbujecie grać szczęśliwą rodzinkę?! To nie jest łatwe, kiedy udajecie, że wszystko okej. To jest żałosne! - wstałam od stołu. - Dziękuję za kolację, ale dla mnie to za dużo.
I tak po prostu wyszłam, zatrzaskując drzwi. Nie powiedziałam wszystkiego, co chciałam, ale poczułam się lepiej. Fakt. Poczułam się lepiej.. Bo przez te kilka lat czułam się beznadziejnie.




Ta dam. Rodział trzeci dodany. Napisałam go wcześniej, ale czekał na moje zatwierdzenie, czy w 100% chciałam tego w tym rozdziale. Poznaliście drugą stronę Debby :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz